W debacie o finansowaniu ochrony zdrowia najłatwiej przebić się z rozwiązaniem, które na pierwszy rzut oka wygląda atrakcyjnie dla wszystkich. Na przykład pacjent ma otrzymać ulgę w PIT, a państwo ma zyskać pełniejszy obraz prywatnych wydatków zdrowotnych. Do tego system ma choć częściowo ograniczyć szarą strefę i poprawić planowanie polityki zdrowotnej. Właśnie w takim kierunku idzie poselski projekt ustawy o systemie ochrony zdrowia oraz o zmianie niektórych innych ustaw. Projekt autorstwa PSL-TD złożono w Sejmie 1 kwietnia 2026 r. Publicznie przedstawione założenia przewidują nową „ulgę zdrowotną” w PIT. Zakłada ona zautomatyzowane jej rozliczania z wykorzystaniem danych z systemu informacji w ochronie zdrowia. Komentując ten pomysł dla Prawo.pl, zwracałem uwagę, że jego ocena nie może ograniczać się do prostego pytania, czy podatnik coś zyska. Równie istotne jest to, jaki będzie koszt systemowy tej operacji. Nie mniej ważne jest pytanie o to jak daleko państwo będzie wchodziło w sferę prywatnych decyzji zdrowotnych.
Ulga zdrowotna w PIT ma dać fiskusowi informację
Z założeń projektu PSL wynika, że podatnik mógłby odliczyć od podatku 10 proc. wartości udokumentowanych wydatków. Chodzi m.in. o wydatki na świadczenia zdrowotne, rehabilitację, wyroby medyczne, specjalne środki żywieniowe nabywane na receptę oraz usługi opiekuńcze. Co więcej, rozliczenie ulgi miałoby być w miarę możliwości zautomatyzowane: dane o wydatkach zarejestrowanych w SIM/CeZ byłyby przekazywane do KAS i udostępniane podatnikowi w usłudze e-PIT. Natomiast tylko tam, gdzie usługa nie byłaby ewidencjonowana w systemie, potrzebna byłaby faktura. Kierunek tych zmian jest więc szerszy niż zwykła preferencja podatkowa. Chodzi również o stworzenie mechanizmu, w którym informacja o prywatnych wydatkach zdrowotnych zaczyna pełnić jednocześnie funkcję fiskalną i analityczną.
Na poziomie politycznym to pomysł bardzo nośny. Łatwo powiedzieć obywatelowi, że skoro płaci prywatnie za leczenie, państwo odda mu część tych pieniędzy w PIT. Z perspektywy prawa podatkowego sprawa jest jednak bardziej złożona. Każda nowa ulga tworzy nowe definicje, nowe granice kwalifikacji wydatków, nowe obowiązki dokumentacyjne i nowe pole do sporów interpretacyjnych. Jeżeli dodatkowo ulga ma być sprzężona z przepływem danych między systemem zdrowia a administracją skarbową, ciężar tego rozwiązania przestaje być wyłącznie podatkowy. Pojawia się także pytanie o prywatność pacjenta. Równie ważna jest kwestia tego, jak daleko fiskus powinien wchodzić w obszar leczenia finansowanego z własnych środków.
Fiskalnie ten pomysł wygląda skromniej, niż sugeruje jego opakowanie
Według opisu przedstawionego przez Prawo.pl dodatkowe wpływy z PIT miałyby wynieść ok. 3,6 mld zł, ze składki zdrowotnej ok. 0,4 mld zł, natomiast koszt samej ulgi oszacowano na ok. 3,2 mld zł. To oznacza, że projekt nie rozwiązuje problemu finansowania ochrony zdrowia wprost, lecz raczej próbuje poprawić bilans całego pakietu zmian. Jego kształt ma również ułatwić polityczne przeprowadzenie całej propozycji.
Właśnie dlatego sceptycznie patrzę na narrację, w której ulga zdrowotna ma uchodzić za odpowiedź na strukturalne problemy NFZ. Instrument podatkowy o ograniczonym efekcie netto nie zastąpi rozmowy o tym, kto i w jakim zakresie ma realnie finansować publiczny system zdrowia.
W tym miejscu widać też słaby punkt całej propozycji. Jeżeli efekt fiskalny jest relatywnie ograniczony, a jednocześnie projekt zakłada rozbudowanie obiegu danych oraz nową warstwę compliance po stronie prywatnych placówek medycznych i podatników, warto uczciwie zapytać, czy koszt systemowy nie okaże się większy niż deklarowana korzyść. Takie ryzyka były już zresztą sygnalizowane publicznie. Chodzi zarówno o wzrost złożoności systemu, jak i o nowe obowiązki raportowe oraz potencjalne spory o zakres odliczenia.
W medycynie rekonstrukcyjnej problem prywatności staje się wyjątkowo wyraźny
Najlepiej widać to na przykładzie prywatnego podmiotu leczniczego zajmującego się medycyną rekonstrukcyjną po przebytych chorobach i urazach. W praktyce takie świadczenia mogą dotyczyć rekonstrukcji po leczeniu onkologicznym, po urazach twarzoczaszki, po powikłaniach zabiegowych, a czasem także bardzo delikatnych obszarów, w tym rekonstrukcji okolic intymnych
„. Zdarza się również, że poprawa wyglądu nosa jest wykonywana przy okazji operacji krzywej przegrody, gdy cel funkcjonalny i estetyczny współistnieją w ramach jednego procesu leczenia.
W takich sytuacjach pacjent z reguły oczekuje maksymalnej dyskrecji. Nie chodzi tylko o tajemnicę medyczną w ścisłym sensie, lecz także o elementarne poczucie granicy między leczeniem a dociekliwością fiskusa. Nawet gdyby do administracji skarbowej nie trafiał pełny opis rozpoznania czy przebiegu terapii, już sama świadomość, że wydatek na tak wrażliwe świadczenie związane z konkretnym pacjentem ma zasilać mechanizm podatkowy i pojawiać się w logice e-PIT, może być odbierana jako zbyt dalekie wejście państwa w sferę prywatności. Publiczne opisy projektu właśnie taki kierunek integracji danych przewidują.
Prawo podatkowe nie powinno wymuszać takiej wymiany
Nie twierdzę, że państwo nie powinno w ogóle analizować prywatnych wydatków zdrowotnych. Nie uważam też, że każda preferencja podatkowa w tym obszarze jest z definicji błędna. Myślę jednak, że w ochronie zdrowia trzeba wyjątkowo ostrożnie wyznaczać granicę między zachętą podatkową a oczekiwaniem, że obywatel w zamian odsłoni kolejne fragmenty swojej bardzo osobistej historii leczenia. W obszarach tak wrażliwych jak medycyna rekonstrukcyjna czy leczenie po chorobach nowotworowych ta granica ma znaczenie fundamentalne. Mało kto chciałby informować fiskusa o leczeniu schorzeń dotyczących obszarów intymnych albo o wykonywaniu zabiegów o charakterze estetycznym.
Jeżeli system ochrony zdrowia potrzebuje stabilniejszego finansowania, lepiej mówić o tym wprost i projektować proste oraz przewidywalne rozwiązania. Mogą to być opłaty za rezygnacje za nieodwołane w porę wizyty lekarskie w przypadku nieobecności pacjenta z jego winy. Mogą to być też preferencje w VAT (niższe stawki VAT).
Ulga zdrowotna w PIT może brzmieć atrakcyjnie w komunikacie politycznym. Niemniej taka ulga nie powinna być narzędziem, które pośrednio zachęca pacjenta do wprowadzania fiskusa w obszary prywatności. Czyli w obszary, które z natury rzeczy wymagają szczególnej powściągliwości. I właśnie dlatego ten pomysł oceniam z dużym sceptycyzmem. Inną kwestią jest przy okazji komplikowanie rozliczeń PIT i systemu podatkowego. To kolejny problem, z którym należy walczyć.




{ 0 komentarze… dodaj teraz swój }