Radosław Maćkowski

doradca podatkowy

Jestem doradcą podatkowym, prawnikiem z 20-letnim doświadczeniem w doradztwie podatkowym dla przedsiębiorstw z sektora healthcare & life sciences (farmaceutyki, wyroby medyczne, apteki, usługi medyczne, kosmetyki). Doradzam także przedsiębiorcom z innych branż, w tym: budowlanej, nieruchomościowej, IT, marketingowej, spożywczej, oraz napojów alkoholowych.
[Więcej >>>]

Kontakt / Contact

W debacie o finansowaniu ochrony zdrowia najłatwiej przebić się z rozwiązaniem, które na pierwszy rzut oka wygląda atrakcyjnie dla wszystkich. Na przykład pacjent ma otrzymać ulgę w PIT, a państwo ma zyskać pełniejszy obraz prywatnych wydatków zdrowotnych. Do tego system ma choć częściowo ograniczyć szarą strefę i poprawić planowanie polityki zdrowotnej. Właśnie w takim kierunku idzie poselski projekt ustawy o systemie ochrony zdrowia oraz o zmianie niektórych innych ustaw. Projekt autorstwa PSL-TD złożono w Sejmie 1 kwietnia 2026 r. Publicznie przedstawione założenia przewidują nową „ulgę zdrowotną” w PIT. Zakłada ona zautomatyzowane jej rozliczania z wykorzystaniem danych z systemu informacji w ochronie zdrowia. Komentując ten pomysł dla Prawo.pl, zwracałem uwagę, że jego ocena nie może ograniczać się do prostego pytania, czy podatnik coś zyska. Równie istotne jest to, jaki będzie koszt systemowy tej operacji. Nie mniej ważne jest pytanie o to jak daleko państwo będzie wchodziło w sferę prywatnych decyzji zdrowotnych.

Ulga zdrowotna w PIT ma dać fiskusowi informację

Ulga zdrowotna w PIT 1Z założeń projektu PSL wynika, że podatnik mógłby odliczyć od podatku 10 proc. wartości udokumentowanych wydatków. Chodzi m.in. o wydatki na świadczenia zdrowotne, rehabilitację, wyroby medyczne, specjalne środki żywieniowe nabywane na receptę oraz usługi opiekuńcze. Co więcej, rozliczenie ulgi miałoby być w miarę możliwości zautomatyzowane: dane o wydatkach zarejestrowanych w SIM/CeZ byłyby przekazywane do KAS i udostępniane podatnikowi w usłudze e-PIT. Natomiast tylko tam, gdzie usługa nie byłaby ewidencjonowana w systemie, potrzebna byłaby faktura. Kierunek tych zmian jest więc szerszy niż zwykła preferencja podatkowa. Chodzi również o stworzenie mechanizmu, w którym informacja o prywatnych wydatkach zdrowotnych zaczyna pełnić jednocześnie funkcję fiskalną i analityczną.

Na poziomie politycznym to pomysł bardzo nośny. Łatwo powiedzieć obywatelowi, że skoro płaci prywatnie za leczenie, państwo odda mu część tych pieniędzy w PIT. Z perspektywy prawa podatkowego sprawa jest jednak bardziej złożona. Każda nowa ulga tworzy nowe definicje, nowe granice kwalifikacji wydatków, nowe obowiązki dokumentacyjne i nowe pole do sporów interpretacyjnych. Jeżeli dodatkowo ulga ma być sprzężona z przepływem danych między systemem zdrowia a administracją skarbową, ciężar tego rozwiązania przestaje być wyłącznie podatkowy. Pojawia się także pytanie o prywatność pacjenta. Równie ważna jest kwestia tego, jak daleko fiskus powinien wchodzić w obszar leczenia finansowanego z własnych środków.

Fiskalnie ten pomysł wygląda skromniej, niż sugeruje jego opakowanie

Według opisu przedstawionego przez Prawo.pl dodatkowe wpływy z PIT miałyby wynieść ok. 3,6 mld zł, ze składki zdrowotnej ok. 0,4 mld zł, natomiast koszt samej ulgi oszacowano na ok. 3,2 mld zł. To oznacza, że projekt nie rozwiązuje problemu finansowania ochrony zdrowia wprost, lecz raczej próbuje poprawić bilans całego pakietu zmian. Jego kształt ma również ułatwić polityczne przeprowadzenie całej propozycji. Właśnie dlatego sceptycznie patrzę na narrację, w której ulga zdrowotna ma uchodzić za odpowiedź na strukturalne problemy NFZ. Instrument podatkowy o ograniczonym efekcie netto nie zastąpi rozmowy o tym, kto i w jakim zakresie ma realnie finansować publiczny system zdrowia.

W tym miejscu widać też słaby punkt całej propozycji. Jeżeli efekt fiskalny jest relatywnie ograniczony, a jednocześnie projekt zakłada rozbudowanie obiegu danych oraz nową warstwę compliance po stronie prywatnych placówek medycznych i podatników, warto uczciwie zapytać, czy koszt systemowy nie okaże się większy niż deklarowana korzyść. Takie ryzyka były już zresztą sygnalizowane publicznie. Chodzi zarówno o wzrost złożoności systemu, jak i o nowe obowiązki raportowe oraz potencjalne spory o zakres odliczenia.

W medycynie rekonstrukcyjnej problem prywatności staje się wyjątkowo wyraźny

Najlepiej widać to na przykładzie prywatnego podmiotu leczniczego zajmującego się medycyną rekonstrukcyjną po przebytych chorobach i urazach. W praktyce takie świadczenia mogą dotyczyć rekonstrukcji po leczeniu onkologicznym, po urazach twarzoczaszki, po powikłaniach zabiegowych, a czasem także bardzo delikatnych obszarów, w tym rekonstrukcji okolic intymnych&quot;</yoastmark„. Zdarza się również, że poprawa wyglądu nosa jest wykonywana przy okazji operacji krzywej przegrody, gdy cel funkcjonalny i estetyczny współistnieją w ramach jednego procesu leczenia.

W takich sytuacjach pacjent z reguły oczekuje maksymalnej dyskrecji. Nie chodzi tylko o tajemnicę medyczną w ścisłym sensie, lecz także o elementarne poczucie granicy między leczeniem a dociekliwością fiskusa. Nawet gdyby do administracji skarbowej nie trafiał pełny opis rozpoznania czy przebiegu terapii, już sama świadomość, że wydatek na tak wrażliwe świadczenie związane z konkretnym pacjentem ma zasilać mechanizm podatkowy i pojawiać się w logice e-PIT, może być odbierana jako zbyt dalekie wejście państwa w sferę prywatności. Publiczne opisy projektu właśnie taki kierunek integracji danych przewidują.

Prawo podatkowe nie powinno wymuszać takiej wymiany

Nie twierdzę, że państwo nie powinno w ogóle analizować prywatnych wydatków zdrowotnych. Nie uważam też, że każda preferencja podatkowa w tym obszarze jest z definicji błędna. Myślę jednak, że w ochronie zdrowia trzeba wyjątkowo ostrożnie wyznaczać granicę między zachętą podatkową a oczekiwaniem, że obywatel w zamian odsłoni kolejne fragmenty swojej bardzo osobistej historii leczenia. W obszarach tak wrażliwych jak medycyna rekonstrukcyjna czy leczenie po chorobach nowotworowych ta granica ma znaczenie fundamentalne. Mało kto chciałby informować fiskusa o leczeniu schorzeń dotyczących obszarów intymnych albo o wykonywaniu zabiegów o charakterze estetycznym.

Jeżeli system ochrony zdrowia potrzebuje stabilniejszego finansowania, lepiej mówić o tym wprost i projektować proste oraz przewidywalne rozwiązania. Mogą to być opłaty za rezygnacje za nieodwołane w porę wizyty lekarskie w przypadku nieobecności pacjenta z jego winy. Mogą to być też preferencje w VAT (niższe stawki VAT).

Ulga zdrowotna w PIT może brzmieć atrakcyjnie w komunikacie politycznym. Niemniej taka ulga nie powinna być narzędziem, które pośrednio zachęca pacjenta do wprowadzania fiskusa w obszary prywatności. Czyli w obszary, które z natury rzeczy wymagają szczególnej powściągliwości. I właśnie dlatego ten pomysł oceniam z dużym sceptycyzmem. Inną kwestią jest przy okazji komplikowanie rozliczeń PIT i systemu podatkowego. To kolejny problem, z którym należy walczyć.

Wydawałoby się, że podmioty lecznicze wykonują tylko usługi lecznicze zwolnione z VAT, więc temat odliczenia VAT przez szpital nie istnieje. To uproszczenie, w dodatku dość mylące. W zasadzie wszystkie szpitale wykonują zarówno czynności zwolnione oraz opodatkowane VAT. Muszą więc mieć określony sprzęt i zaplecze, aby w ogóle działać zgodnie z przepisami. Skoro tak, to pojawia się kolejne uproszczenie. Polega ono na na twierdzeniu, że w rezultacie VAT od takich wydatków ogólnych powinien przynajmniej częściowo podlegać odliczeniu. Wyrok TSUE z 19 marca 2026 r. w sprawie C-513/24, Oblastní nemocnice Kolín mówi co innego. Pokazuje, że taki skrót myślowy jest zbyt jednak daleko idący. Z jednej strony Trybunał nie powiedział, że odliczenie VAT przez szpital jest niemożliwe. Z drugiej strony powiedział coś bardziej subtelnego, ale w praktyce bardzo ważnego. Sam obowiązek regulacyjny posiadania sprzętu nie tworzy jeszcze automatycznie prawa do odliczenia VAT.

Odliczenie VAT przez szpital – co dokładnie rozstrzygnął TSUE

Odliczenie VAT przez szpital

Sprawa dotyczyła czeskiego szpitala, którego podstawową działalnością były usługi zdrowotne zasadniczo zwolnione z VAT. Równocześnie wykonywał on także czynności opodatkowane, m.in. badania kliniczne produktów leczniczych, odpłatne zakwaterowanie osób towarzyszących pacjentom, staże medyczne, usługi sterylizacji narzędzi dla podmiotów trzecich, kursy prenatalne oraz niektóre badania diagnostyczne. Także trochę tych czynności opodatkowanych było. Szpital argumentował, że część wydatków na minimalne wyposażenie techniczne i materialne, wymagane do uzyskania licencji, powinna być traktowana jako koszt wspólny całej działalności. Zatem według szpitala powinna dawać prawo do częściowego odliczenia VAT według proporcji.

Pytanie prejudycjalne postawiono bardzo precyzyjnie. Mianowicie, czy towary i usługi stanowiące minimalne wyposażenie wymagane przez prawo krajowe dla placówki medycznej można uznać za koszty ogólne bezpośrednio i natychmiast związane z całą działalnością gospodarczą podatnika, a więc dające prawo do odliczenia części VAT. Odpowiedź Trybunału była negatywna w tej jednej, zasadniczej kwestii: nie można dojść do takiego wniosku wyłącznie dlatego, że prawo nakazuje podatnikowi posiadać dany sprzęt lub dane zaplecze. W oficjalnej formule przyjętej przez TSUE i przytoczonej przez czeski sąd odsyłający wskazano wprost, że sam ustawowy wymóg nie oznacza jeszcze, iż są to koszty ogólne, od których przysługuje proporcjonalne odliczenie VAT.</p>

To jest sedno tego wyroku. Nie wystarczy powiedzieć: „bez tego sprzętu szpital nie dostałby licencji, a bez licencji nie wykonywałby także usług opodatkowanych”. Taki łańcuch argumentacji okazał się dla TSUE zbyt ogólny. Trybunał odciął więc automatyzm polegający na utożsamieniu regulacyjnej konieczności z podatkowym prawem do odliczenia.

Najważniejsze nie brzmi: „nie”, tylko „sprawdź każdy wydatek osobno”

Nowa matryca VAT od 1 lipca 2020 r. (1)Jednocześnie ten wyrok wcale nie zamyka drogi do odliczenia. Wręcz przeciwnie: pokazuje, jak należy taką analizę przeprowadzić prawidłowo. Z materiałów publicznie dostępnych po wyroku wynika, że TSUE zaakcentował potrzebę oceny każdego składnika wyposażenia oddzielnie. Co ważne, z uwzględnieniem jego rzeczywistego lub zamierzonego wykorzystania. Jeżeli konkretny sprzęt jest lub byłby używany zarówno do działalności zwolnionej, jak i opodatkowanej, częściowe odliczenie może być zasadne. Jeżeli natomiast określony zakup służy wyłącznie czynnościom zwolnionym, prawa do odliczenia nie będzie.

To rozróżnienie ma duże znaczenie praktyczne. W wielu podmiotach leczniczych część wydatków rzeczywiście ma charakter „wspólny”. Niemniej nie każdy wydatek wspólny z perspektywy organizacyjnej jest automatycznie kosztem ogólnym w rozumieniu VAT. I właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część tego wyroku: TSUE wymusza analizę funkcjonalną, a nie wyłącznie formalną. Nie liczy się sama odpowiedź na pytanie, czy dany zakup był obowiązkowy. Liczy się to, czemu konkretnie miał służyć i jaką rolę odgrywa w strukturze działalności opodatkowanej i zwolnionej. To właśnie na tym etapie w praktyce rozstrzyga się, czy odliczenie VAT przez szpital jest zasadne.

Co z tego wynika dla polskich szpitali i innych podmiotów medycznych

Odliczenie VAT przez szpitalChciałbym, żeby z polskiej perspektywy był to praktyczny wyrok. Placówki medyczne wykonujące działalność mieszaną nie powinny opierać argumentacji wyłącznie na tym, że przepisy branżowe wymagają określonego wyposażenia. Taki argument może być jednym z elementów układanki, ale sam nie przesądza o prawie do odliczenia. Potrzebne będzie lepsze udokumentowanie funkcji danego zakupu, jego związku z konkretnymi świadczeniami opodatkowanymi albo z kosztami ogólnymi całej działalności.

W praktyce oznacza to konieczność bardziej starannego przyporządkowywania wydatków. Dla jednych zakupów właściwa będzie teza o związku bezpośrednim z czynnościami opodatkowanymi. Dla innych możliwa będzie obrona ich jako kosztów ogólnych. Jeszcze inne pozostaną poza prawem do odliczenia, bo będą związane wyłącznie z działalnością zwolnioną. Po wyroku C-513/24 trudniej będzie bronić szerokich, automatycznych modeli odliczenia. TSUE stwierdził wręcz: „(…) wyposażenie materialne i techniczne wydaje się na pierwszy rzut oka przeznaczone do świadczenia usług opieki zdrowotnej, a nie do świadczenia usług dodatkowych”. Ale jednocześnie łatwiej będzie budować bardziej precyzyjną, dowodową argumentację tam, gdzie rzeczywisty związek wydatków z działalnością opodatkowaną istnieje.

I chyba właśnie tak najlepiej czytać ten wyrok, czyli zgodnie za zasadą: szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta. Zatem w wyrok TSUE nie oznacza zamknięcia drogi do odliczenia VAT przez szpital. Pozwala on raczej uporządkować zasady, na jakich takie odliczenie VAT przez szpital może być skutecznie bronione.

Home office i zakład podatkowy

Radosław Maćkowski27 lutego 2026Komentarze (0)

W ostatnich latach praca zdalna stała się dla wielu firm oczywistością. Dotyczy to nie tylko polskich podmiotów, ale też grup międzynarodowych. Zagraniczne firmy na początku chcą mieć w Polsce pojedyncze osoby pracujące w terenie. Chodzi o takich pracowników jak handlowców, product managerów, inżynierów serwisu czy specjalistów ds. wsparcia klienta. W branży farmaceutycznej i wyrobów medycznych taki model bywa dość popularny. Pracownicy działają w terenie wykonując szkolenia u klientów czy serwis urządzeń. Do tego dochodzą: udział w targach, wizyty u dystrybutorów, aptek i placówek ochrony zdrowia. Niemniej często takie osoby jako bazę operacyjną traktują swój dom, czyli często korzystają z tzw. „home office”. Co home office i zakład podatkowy mają ze sobą wspólnego? To temat mojego nowego wpisu.

Home office i zakład podatkowy: fiskus lubi skróty

Home office i zakład podatkowyProblem zaczyna się wtedy, gdy taki pracownik działa dla zagranicznego podmiotu, który w Polsce nie ma siedziby. Pojawia się wtedy hasło: „zakład podatkowy” (czyli „permanent establishment”, PE). Po polsku brzmi niewinnie – „stała placówka”. W praktyce może jednak oznaczać obowiązek przypisania części przychodu tego zagranicznego podmiotu do polskiego zakładu. I, jak możesz się domyślić, obowiązek rozliczenia tego przychodu dla celów podatku CIT w Polsce. Dodatkowo, w tle często także pytania o VAT i ceny transferowe.

W jednej z prowadzonych przeze mnie spraw (był to duński podmiot) organ interpretacyjny uznał, że skoro pracownicy w Polsce korzystają z laptopa, telefonu i samochodu służbowego, a część pracy wykonują z domu lub z hoteli, to „musi” istnieć w Polsce stała placówka. Dodatkowo Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej próbował przypisać polskiemu pracownikowi kompetencje do zawierania umów. Mimo że w opisie sprawy wskazano jednoznacznie: umowy są podpisywane przez centralę za granicą. Co więcej, nikt w Polsce nie miał pełnomocnictw do zawierania umów w imieniu spółki.

Praca z domu na laptopie nie kreuje zakładu

Wojewódzki Home office i zakład podatkowySąd Administracyjny w Gliwicach w ustnym uzasadnieniu przychylił się do stanowiska spółki (wyrok z 25 lutego 2026 r., sygn. akt I SA/Gl 465/25). Tym samym uznał słuszność zarzutów materialnych i proceduralnych przedstawionych w naszej skardze. Podkreślił też znaczenie najnowszych, pozytywnych rozstrzygnięć w podobnych sprawach – zarówno WSA w Gliwicach, jak i Naczelnego Sądu Administracyjnego.

W praktyce sprowadza się to do dwóch punktów.

Po pierwsze, mieszkanie pracownika nie staje się automatycznie „placówką” przedsiębiorstwa zagranicznego. Dla powstania zakładu trzeba wykazać, że przedsiębiorstwo ma w Polsce miejsce „do dyspozycji” – czyli realnie może z niego korzystać jak ze swojego, ma nad nim pewien zakres kontroli, a miejsce ma element stałości. Sam fakt, że pracownik czasem pracuje z domu (bo tak mu wygodnie lub jest to logistycznie najprostsze) nie jest tym samym co utrzymywanie biura w Polsce.

Po drugie, zakład agencyjny (art. 5 ust. 5–6 UPO oraz koncepcja „principal role”) nie może być budowany na domniemaniach i dopisywaniu kompetencji pracownikowi. Jeżeli pracownik nie ma umocowania do zawierania umów, a decyzje są podejmowane i zatwierdzane przez centralę, organ nie może „przerobić” opisu sprawy i wyciągnąć wniosku, że ktoś „zwyczajowo wykonuje pełnomocnictwo”.

W tle istotne jest również linia orzecznicza NSA . Chodzi m.in. o wyrok z 19 lutego 2025 r. w podobnej „duńskiej” sprawie (II FSK 609/22). Akcentował on, że praca zdalna i przenośne narzędzia pracy nie tworzą automatycznie „placówki”, jeżeli brak jest miejsca do realnej dyspozycyj zagranicznego podmiotu. Krótko mówiąc home office i zakład podatkowy nie do końca idą ze sobą w parze.

Dlaczego to ważne dla farmacji i wyrobów medycznych

Home office i zakład podatkowySektor farmaceutyczny i wyrobów medycznych jest szczególnie narażony na praktyczne skutki sporów o zakład podatkowy. W tym segmencie zdarza mi się spotykać modele, w których:

  • pracownicy są mobilni;

  • część zadań ma charakter wsparcia (szkolenia, serwis, demonstracje, wsparcie merytoryczne),

  • finalne decyzje i podpisy umów są scentralizowane w hubie regionalnym poza Polską,

  • spółka nie chce utrzymywać w Polsce formalnej struktury (biura, oddziału), bo skala biznesu jest jeszcze w fazie rozwoju.

Wyrok WSA w Gliwicach potwierdza, że przy prawidłowym ułożeniu modelu operacyjnego i właściwej dokumentacji da się skutecznie bronić tezy o braku zakładu. Nawet jeśli w Polsce pracują 1–2 osoby i nawet jeśli część pracy wykonują z domu. Kluczowe są: realny brak biura „do dyspozycji” zagranicznego podmiotu oraz brak kontroli nad mieszkaniem pracownika. Istotna jest także mobilność pracownika oraz prawdziwy (a nie domniemany) zakres umocowań do zawierania umów.

Z perspektywy mojej praktyki to ważne również dlatego, że obsługuję nie tylko polskie podmioty z branży zdrowotnej, ale też firmy międzynarodowe. Te ostatniej wchodzą na polski rynek często bez struktury lokalnej, z niewielkim zespołem. Taki model jest efektywny biznesowo, ale wymaga świadomego zarządzania ryzykiem podatkowym. Spór o home office i zakład podatkowy jest tematem, w którym detale – i konsekwencja w opisie faktów – robią ogromną różnicę.

Na koniec standardowo: czekamy jeszcze na pisemne uzasadnienie wyroku. Organ może wnieść skargę kasacyjną do NSA – o tym dowiemy się w perspektywie kilku miesięcy. Już dziś jednak widać, że linia orzecznicza coraz wyraźniej odchodzi od podejścia „home office = zakład”. Tym samym sądy wracają do klasycznych kryteriów: dyspozycyjności miejsca, stałości oraz realnego umocowania.

W debacie publicznej co jakiś czas wraca pomysł „uszczelniania” rynku pracy. Jak to zrobić? Na przykład poprzez ograniczenie nadużyć umów cywilnoprawnych i samozatrudnienia. Ostatnio temat znów wypłynął przy okazji prac nad zmianami dotyczącymi Państwowej Inspekcji Pracy. I choć projekt został wstrzymany i odesłany do poprawy, samo pytanie pozostaje aktualne: co, jeśli model B2B zostanie uznany za etat? W ochronie zdrowia to nie jest akademicka dyskusja. B2B funkcjonuje masowo: dyżury, kontrakty w oddziałach zabiegowych, radiologia, SOR. Dlatego przekwalifikowanie umowy B2B lekarza, pielęgniarki czy ratownika na etat ma potencjalnie duże przełożenie na podatki — po stronie personelu (PIT), po stronie podmiotów leczniczych (CIT), a czasem także na gruncie VAT (ale raczej nie w sektorze zdrowia).

Przekwalifikowanie umowy B2B lekarza: o co chodzi?

W praktyce nie chodzi o sam nagłówek dokumentu, tylko o fakty. Jeżeli współpraca opisana jako „świadczenie usług w ramach działalności gospodarczej” ma cechy stosunku pracy to może pojawić się ryzyko, że ktoś uzna: to w istocie etat. Kiedy umowa B2B uzna, że to etat? W skrócie, gdy występuje podporządkowanie, praca w określonym czasie i miejscu, włączenie w organizację czy brak realnego ryzyka gospodarczego. Dodatkowo dochodzi o duże skomplikowanie przepisów. Istnieją różne przesłanki (na gruncie PIT, VAT czy ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców) prowadzenia działalności gospodarczej. Tym samym różne podejście organów (KAS, ZUS, PIP) do definicji prowadzenia działalności.

Niemniej najważniejsze w podatkach liczy się to, jak współpraca wygląda w praktyce, a nie to, jak strony nazwały umowę.

PIT: co może oznaczać zmiana kwalifikacji dla lekarza

Jeżeli przychody lekarza zostaną potraktowane jak ze stosunku pracy, zmienia się nie tylko sposób „raportowania” danych do systemu. Zmienia się mechanika rozliczeń.

Najczęstsze skutki (w uproszczeniu):

  • inne źródło przychodu: zamiast działalności gospodarczej — stosunek pracy;
  • inne zasady kosztów: w JDG koszty bywają rozbudowane (sprzęt, gabinet, auto, oprogramowanie, szkolenia), w etacie możliwości są z reguły dużo węższe;
  • inna logika poboru zaliczek: w etacie ciężar obliczenia i poboru zaliczki jest po stronie płatnika (pracodawcy), a nie po stronie lekarza; innymi słowy, to pracodawca ponosi w tym zakresie główne ryzyko podatkowe (zaległy podatek i odsetki), nie lekarz;
  • ryzyko „wstecz”: jeśli ktoś uzna, że model był pozorną działalnością (de facto „etatowy w przebraniu”), może pojawić się spór o to, jak należało rozliczać przychody w przeszłości; i znowu: to pracodawca ponosi w tym zakresie główne ryzyko podatkowe (zaległy podatek i odsetki), nie lekarz;

Dla wielu osób kluczowe pytanie brzmi: czy dotychczasowe „optymalne” ustawienie rozliczeń podatkowych nie stanie się nagle problemem, gdy kwalifikacja się zmieni. A zmienić może się w przypadku rozpoczęcia kontroli podatkowej i dalszego postępowania podatkowego.

CIT: co to zmienia po stronie podmiotu leczniczego

Przekwalifikowanie umowy B2B lekarza na etatZ perspektywy szpitala, przychodni czy kliniki przekwalifikowanie B2B na etat to nie tylko „zmiana działu”, tylko realne konsekwencje finansowe i ryzyka formalne.

W praktyce mogą pojawić się m.in.:

      • zmiana struktury kosztów (i ryzyko korekt wstecz): w miejsce „usług obcych” (faktur od lekarza) pojawiają się koszty pracownicze – wynagrodzenie oraz narzuty. W praktyce może to oznaczać konieczność wyksięgowania/wyłączenia z KUP części kosztów ujętych na podstawie faktur (zwłaszcza jeśli uznano, że nie dokumentowały realnej usługi, tylko „wynagrodzenie w przebraniu”), a następnie rozliczenia tych wydatków jako płac. Efekt podatkowy bywa dotkliwy: korekta CIT (czasem za kilka-kilkanaście okresów), zmiana momentu rozliczenia kosztu, ryzyko odsetek oraz „domino” w sprawozdawczości i kontrolach;
      • inny obieg dokumentów: faktura i protokół odbioru „usługi” nie zawsze pasują do świata etatowego — a niespójności dokumentacyjne potrafią wracać przy kontrolach;
      • ryzyka korekt i kosztów ubocznych: jeżeli sprawa idzie w kierunku korekt rozliczeń, pojawiają się koszty administracyjne, obsługi sporów, a czasem także odsetki.

W medycynie problem jest tym bardziej praktyczny, że wiele placówek planuje budżety i obsadę dyżurową właśnie w oparciu o model kontraktowy.

Co zrobić „zanim zrobi się gorąco”

Skoro projekt reformy został wyhamowany, łatwo uznać, że temat można odłożyć. Ale to mylne wrażenie. Organy (Krajowa Administracja Skarbowa i ZUS) wciąż mają prawo kontrolować i dokonywać takich czynności jak przekwalifikowanie umowy B2B lekarza na etat. W tej sytuacji raczej bym powiedział, że to dobry moment na spokojny przegląd modeli współpracy.

Minimalny zestaw pytań kontrolnych:

  1. Samodzielność: czy lekarz realnie decyduje o organizacji pracy, może zapewnić zastępstwo, ponosi ryzyko gospodarcze?
  2. Podporządkowanie: czy w praktyce nie ma „etatowych” cech (stały grafik jak pracownik, polecenia, włączenie w strukturę, narzędzia i nadzór jak na etacie)?
  3. Spójność dokumentów z rzeczywistością: czy umowa i fakty mówią to samo?

Na koniec zostawiam pytanie: czy B2B w Twojej placówce to rzeczywista współpraca dwóch podmiotów — czy etat, który tylko zmienił nazwę?

KSeF w podmiotach leczniczych

Radosław Maćkowski02 grudnia 2025Komentarze (0)


***

Niedawno wielu przedsiębiorców – w tym liczne podmioty lecznicze – otrzymało automatyczną wiadomość z adresu powiadomienia.jpk@mf.gov.pl dotyczące wdrożenia Krajowego Systemu elektronicznych Faktur (KSeF). Jednak wdrożenie KSeF w podmiotach leczniczych jest wyzwaniem wciąż chyba bagatelizowanym. Choć komunikat nie zawierał nowych, rewolucyjnych informacji, to przypomniał o czymś, co w ochronie zdrowia bywa odkładane „na później”: terminy są znane i są blisko, a przygotowanie do KSeF w sektorze medycznym może być bardziej wymagające niż w wielu innych branżach.

Piątkowy komunikat Ministerstwa Finansów ponownie uświadomił przedsiębiorcom, że czas na realne przygotowania do Krajowego Systemu e-Faktur za chwilę się skończy. Podmioty lecznicze otrzymały te same ogólne informacje co reszta rynku, jednak ich sytuacja jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, wieloźródłowa i podatna na ryzyka operacyjne.

Terminy KSeF

Komunikat MF wskazuje dawno już znane terminy obowiązkowego wdrożenia KSeF. W tym m.in., że:

  • od 1 lutego 2026 r. – KSeF obowiązkowy dla firm z obrotem powyżej 200 mln zł (dotyczy części dużych sieci medycznych),
  • od 1 kwietnia 2026 r. – powszechny obowiązek wystawiania faktur w KSeF,
  • a odbiór faktur zakupowych w KSeF jest wymagany dla wszystkich już od 1 lutego 2026 r.

Warto to powtórzyć jasno: funkcjonowanie KSeF w podmiotach leczniczych zacznie się praktycznie 1 lutego 2026 r., bo od tego dnia trzeba już odbierać wszystkie faktury od dostawców. A w ochronie zdrowia mogą być ich setki, jeśli nie tysiące miesięcznie.

KSeF w podmiotach leczniczych – dlaczego wdrożenie będzie trudniejsze?

KSeF w podmiotach leczniczych

Podmioty lecznicze funkcjonują w środowisku, w którym:

  • podatek VAT bywa marginalnym zagadnieniem (z racji na zwolnienie z VAT dla usług medycznych część podmiotów nie wykazuje żadnej sprzedaży opodatkowanej, dla wielu sprzedaż opodatkowana VAT jest na niskim poziomie),
  • działa wiele systemów (HIS – Szpitalne Systemy Informatyczne, systemy rejestracji, moduły rozliczeń, ewidencje magazynowe),
  • dokumenty generują różne komórki organizacyjne,
  • dostawców jest bardzo dużo (leki, wyroby medyczne, usługi medyczne, wszelakie media, usługi serwisowe, outsourcing, itd.),
  • finanse są zależne od NFZ, ubezpieczycieli oraz pacjentów prywatnych.

To sprawia, że wdrożenie KSeF w podmiotach leczniczych nie jest prostą integracją techniczną. To może być zmiana kultury pracy i obiegu dokumentów.

Typowe problemy, które placówki medyczne muszą przewidzieć

KSeF w podmiotach leczniczych

Treść wiadomości z KAS w sprawie KSeF

1. Ogromne wolumeny faktur zakupowych

Branża medyczna to masowe zakupy. KSeF w podmiotach leczniczych oznacza konieczność uporządkowania i przebudowania obiegu dokumentów przychodzących – także tych od dostawców leków i sprzętu.

2. KSeF w podmiotach leczniczych – bezpieczeństwo danych

Placówki medyczne przetwarzają duże ilości danych wrażliwych. Jest to powód dlaczego integracja z KSeF musi być oceniana również pod kątem cyberbezpieczeństwa i RODO.

3. Chaos prawny i informacyjny dot. KSeF

Last but not least – chaos prawny i informacyjny. Co prawda pojawiają się oficjalne wyjaśnienia i Q&A dotyczące KSeF, ale coraz powszechniejsze są narzekania na „płynność” ich treści i brak prawnych podstaw. Zresztą błędy dot. choćby terminów KSeF znalazłem na stronie jednej z organizacji samorządowych w poradniku skierowanym do grupy osób wykonującej zawód medyczny.

Co zrobić już teraz? Najważniejsze kroki dla branży medycznej

1. Testy integracji w trybie „pełna para”

Na spokojny audyt systemów pod kątem gotowości do KSeF jest już zwyczajnie za późno. Obecnie kluczowe jest uruchomienie realnych testów integracji KSeF z HIS, systemem księgowym i oprogramowaniem pomocniczym. Nie wystarczy wiedzieć, że „producent pracuje nad integracją”. W końcówce 2025 r. każdy duży podmiot leczniczy powinien już:

  • testować wystawianie faktur w środowisku testowym KSeF,

  • testować odbiór faktur zakupowych,

  • weryfikować działanie różnych scenariuszy (korekty, duplikaty, błędy, dokumenty masowe),

  • sprawdzać obciążenie systemów i ich stabilność.

Brak rozpoczętych testów na tym etapie oznacza poważne ryzyko operacyjne.

2. Uporządkowanie ról i procesów

Ustalenie kto wystawia faktury? Kto je odbiera i weryfikuje? W placówkach medycznych to zwykle nie jest jasne. A w KSeF musi być.

3. Dopracować harmonogram wdrożenia KSeF w podmiotach leczniczych na 2025/2026

Przełom 2025 i 2026 to ostatni moment na testy. I jednocześnie jest to najgorszy możliwy moment na intensywne wdrażanie KSeF, bo:

  • trwa zamknięcie roku,

  • zespoły finansowe są tradycyjnie przeciążone,

  • ewentualne błędy mogą zaburzyć płynność działania całej placówki.

KSeF w podmiotach leczniczych to projekt strategiczny

KSeF nie jest kolejnym formularzem ani „techniczną nowinką”. W zasadzie każdej branży, w tym w branży medycznej, to zmiana, która obejdzie wszystkie działy – od recepcji po księgowość. Czy KSeF uda się wdrożyć w planowanych terminach? Niestety, tego nie wiem (obawiam się, że nie), ale KSeF musi być wdrożony wszędzie mniej więcej w tym samym czasie, żeby zachować sens tego rozwiązania. Dlatego prawdopodobnie nie będzie kolejnego odroczenia terminu jego wdrożenia. Szanse powstania chaosu w 2026 r. w związku z różnymi poziomami wdrożenia KSeF w poszczególnych branżach jest duże.